piątek, 26 maja 2017

Każdy gra jakąś rolę, a moja rola jest smutna





Dotykasz mnie, przyjacielu. Twoje dłonie w zetknięciu z moją wiecznie zimną skórą są jak ogień, parzące i bezlitosne. Pękam wewnętrznie, rozerwana szalejącym pożarem – lecz ty nie możesz albo nie chcesz tego zobaczyć. Drżę cała, pozwalając dreszczom przenikać zmysły niczym deszcz ziemię; a ty, ty patrzysz tylko i milczysz. Przyjacielu. Twe słowa lśnią jak poemat. Odrobiną poezji jestem w stanie na długo uśmierzyć palący ból w środku; to głód, a wypowiedziane przez ciebie zdania są najdelikatniejszym pokarmem. Doceniam to – wiem, że równie dobrze mógłbyś zaniemówić na zawsze, a tego bym nie przeżyła: dosłownie i w przenośni. Dlatego odsuwam się niechętnie i tylko wtedy, gdy żądasz; ta myśl, myśl, że mogłoby cię zabraknąć, napawa mnie histerycznym niepokojem.
Budzisz mnie, przyjacielu. Twój najdrobniejszy ruch wywołuje falę paniki; a nuż coś poszło nie tak i ty, przerażająco wściekły, staniesz u progu, z palącą potrzebą reakcji. W tej scenie pojawiam się ja – zawsze w gotowości, zawsze pod ręką: dosłownie i w przenośni. Wiem, co powiedzieliby ludzie i wiem, że z braku wiedzy o nas nie powiedzą nic. A i my nie zdradzimy tego nikomu... Przyjacielu. Nachylasz się powoli – ta część zawsze wybrzmiewa spokojnym rytmem – wplątując mi palce we włosy; szwy trzeszczą, grożą pęknięciem, ale to nic. Nigdy jeszcze nie pękły: nie ma się czym przejmować.
Ranisz mnie, przyjacielu. Och, zbyt dużo na mej głowie historii, bym w krótkim czasie zdążyła wyznać je wszystkie – skrywane sińce, rozcięcia zbywane śmiechem. Mogłam zareagować – powiedzieć na przykład: nie szkodzi, najdroższy – lecz przecież nigdy nie ubiegałeś się o rozgrzeszenie. Nie, ty już wiedziałeś, choć ja jeszcze byłam naiwna, że wymagać można tylko od innych: ale nigdy od ciebie, dosłownie i w przenośni. Przyjacielu. W tamtym krzyku zawsze rozpacz górowała nad przyjemnością, a ty nie chciałeś albo nie mogłeś tego zauważyć. To nic wielkiego; przywykłam już, że zawsze stoisz na górze, a świat przed tobą otworem.
Wreszcie, wbrew i na wprost wszystkiemu, co kiedykolwiek padło między nami: to nie ja jestem Okrutna, lecz ty, przyjacielu... dosłownie – i w przenośni.


Gerda Frank

urodzona w piątek, dwudziestego dziewiątego grudnia 2000 roku — siedemnastoletnia striptizerka w klubie „Pudding n'Pie” — doskwierająca całe życie bieda — wychowywana przez sędziwą babkę sierota po stolarzu i gospodyni domowej — samotna jedynaczka — najdroższy przyjaciel, niegdyś Książę Śniegu — maleńka klitka na poddaszu — posiadaczka nieufnego lisa Dzikusa

kwiaty |  łąka